Od jakiegoś czasu chodzi za mną taka refleksja - moje pokolenie nie bardzo ma ochotę się angażować w coś, w czym nie widzi łatwego do zmierzenia zysku bądź przyjemności. Nie mamy ochoty rozpoczynać dyskusji na przestrzeniach rzeczywiście istotnych, o sprawach istotnie ważnych - wolimy zagłębiać się w miałkość szybko zwoływanych na Facebooku akcji. Nawet jeśli bierzemy w czymś ważnym udział, to raczej na zasadzie odbioru, który wspieramy późniejszą krytyką wydarzenia, wykładu, idei. I nie chodzi oczywiście o to, by tej krytyki nie było - proces przetrawiania idei powinien być jak najbardziej otwarty na nią, ale zazwyczaj jest to krytyka pozamerytoryczna
Zamykamy swój świat w uproszczonej polityce, w której istnieją dwie partie. Opieramy się na wartościach przekazywanych w "Klanie", "Uli" i "Magdzie M." (mogę być trochę nie na bieżąco w tych kwestiach). Sztuka w wykonaniu młodych to zazwyczaj próba wykorzystywania coraz to nowych technik - nie wywołuje jednak w odbiorcy refleksji, często zaś pokazuje banały.
Tweetujemy, wrzucamy notki na walla, przetwarzamy wrzutki innych, nie trawiąc przy tym zdobytych wiadomości.
Czuję, że to wszystko to jest bardzo mało. Słucham, czytam o studentach z poprzednich pokoleń i mam wrażenie, że jesteśmy spłyceni nie tylko intelektualnie ale i jeśli chodzi o ambicje. Zamykamy się w swoich specjalnościach, co oczywiście przynieść nam może większe pieniądze czy prestiż, ale za bardzo pomijamy ducha.